Czasami najlepsze pomysły rodzą się spontanicznie. Tak właśnie było z naszym zdobywaniem Rysów od strony słowackiej. Niby wtorek, niby zwykły dzień po pracy, a jednak okienko pogodowe kusiło. Od kolejnych dni zapowiadany był halny, więc… zrobiliśmy to, co każdy rozsądny wagarowicz zrobiłby w takiej sytuacji. Przespaliśmy się godzinkę, spakowaliśmy plecaki, zaparzyliśmy herbatę do termosu, zrobiliśmy kanapki i tuż po północy ruszyliśmy z Opola do Popradu.

Przed 6 rano byliśmy już na miejscu, lekko zaspani, ale pełni entuzjazmu. Samochód zostawiliśmy na parkingu przy stacji kolejowej Popradzkie Pleso. Parkomat działa bez zarzutu, a całodzienny bilet kosztuje 15 euro – czyli mniej więcej tyle, co dwie kawy i ciacho w Zakopanem. Dzień według prognozy miał być słoneczny, ale powitał nas lekki mróz. Cóż, Tatry mają swoje prawa.

Pierwszy odcinek to asfaltowa droga w stronę Popradzkiego Stawu, bardziej spacer niż wyprawa. Za to samo jezioro jest malownicze i klimatyczne – idealne na krótką przerwę i kilka fotek – jakbyśmy już zdobyli pół Tatr.

Od stawu odbiliśmy na niebieski szlak, po krótkich komplikacjach z jego odnalezieniem. Tu zaczęły się podejścia, a tuż przed nimi czekały pakunki na stelażach. Tak, tu każdy turysta może wcielić się w tragarza i wnieść do Chaty pod Rysami to, co akurat trzeba: paczki były pakowane po 5 lub 10 kilo. W nagrodę czeka darmowa herbata w schronisku. My jednak stwierdziliśmy, że herbata z termosu smakuje jeszcze lepiej, jeśli się nie dźwigało zbyt wielu tobołów.

Podejście do Żabiego Potoku było malownicze – kamienie, świerki, strumyk szumiący w tle i słońce, które zaczęło podświetlać szczyty. Potem ruszyliśmy w stronę Żabiego Plesa. Tam krajobraz zrobił się już poważniejszy, a zakosy powoli prowadziły nas do pierwszych łańcuchów. I tu niespodzianka: wcale nie było trudno! Łańcuchy okazały się bardziej atrakcją turystyczną niż przeszkodą.

Po chwili wyłoniła się przed nami kolorowa brama i słynna Chata pod Rysami. To tutaj stoi jeszcze słynniejsza toaleta z widokiem i znak zakazu chodzenia w szpilkach. Zrobiliśmy dłuższą przerwę na regenerację – kanapki, batony, herbata z termosu, pełen piknik. I dobrze, bo przed nami był najtrudniejszy odcinek.

Ostatnie kilkaset metrów do szczytu to już prawdziwa próba charakteru. Nie tyle tylko stromo, co zdradliwie – kamienie lubią uciekać spod butów, a mięśnie zaczynają przypominać, że dzień zaczął się o 19:00. Ale… udało się! Na szczycie czekały spektakularne widoki i satysfakcja, że spontaniczny pomysł zakończył się sukcesem.

Powrót był jak to zwykle bywa trochę trudniejszy niż się wydawało. Nie dlatego, że szlak nagle się skomplikował, tylko dlatego, że nogi i kamienie dawały się we znaki. Ostatnie kilometry były więc marszem w stylu „jeszcze tylko do zakrętu… a potem do tego kamienia… o, a tutaj to już końcówka”. Ale jakoś dotarliśmy!

Całość zajęła nam około 10 godzin, a trasę możecie zobaczyć tutaj:

Jeśli mielibyśmy dać jedną radę, to brzmi ona: nie pakujcie zbyt dużo jedzenia! Kanapki, batony, ciastka – plecak zrobił się cięższy niż powinien, a i tak połowa prowiantu wróciła z nami.

Na koniec mały bonus: cała relacja w wersji video jest też na YouTube:


I tak właśnie, zamiast spać spokojnie w łóżku, zrobiliśmy sobie wagary w Tatrach – chyba jedne z najlepszych, jak na taki spontan!